POLSKA STACJA ANTARKTYCZNA
im. H. ARCTOWSKIEGO     STRONA ARCHIWALNA

Stacja "Arctowski" :: Wiadomości archiwalne - 2014 (styczeń - kwiecień)

Wiadomości archiwalne - 2014 (styczeń - kwiecień)


 
2 kwietnia
-
Refugium Lions Rump w Zatoce Króla Jerzego to niewielki, acz wyjątkowo sprytnie zbudowany traperski domek. Ten domek dał mi schronienie i ciepło w czasie trwania monitoringu ekologicznego, który prowadziłem wspólnie z moją mentorką Anią Gasek podczas antarktycznego lata 2013/2014.

Lions Rump to również antarktyczny obszar pod specjalną ochroną i przebywanie tam wymaga specjalnych pozwoleń. Miałem zaszczyt żyć i pracować w tym wspaniałym miejscu, doświadczać niesamowitej dzikiej przyrody, uczyć się i poznawać samego siebie w konfrontacji z trudnymi warunkami psychofizycznymi. Mam 35 lat i nie sądziłem, choć jestem człowiekiem nie pozbawionym wyobraźni, że jest coś co wprawi mnie w tak ogromne osłupienie jak pierwsze zetknięcie się z pięknem ASPA – 151 czyli Lions Rump. Przyznaje szczerze, że to wrażenie nie opuściło mnie aż do końca monitoringu, a w traperskim domku zostawiłem kawałek swojego serca.
 
 
Przyroda, gdy się człowiek na nią otwiera, daje więcej siły niż mogłoby się wydawać zwykłemu mieszczuchowi przyzwyczajonemu do zakupów w supermarkecie i ciepłych paputków. Uczy pokory, szacunku oraz tego, że jesteśmy jedynie jej skromną cząstką, wyjątkowo kruchą i w porównaniu do np. pobliskich gór Arctowskiego mamy raczej skromny okres przydatności. Uzmysłowiłem sobie dzięki temu bezsens trwonienia czasu na konflikty i pogonie za pustymi dobrami oraz pochlebczym uznaniem ze strony rzekomej „cywilizacji”.

Na „Lionsie” wkopany pieniek do rąbania drewna cieszy bardziej niż nowy smartphone, a zamontowany nowy maszt dla polskiej flagi jest niczym sukces odsieczy wiedeńskiej itd… Wymieniać mógłbym w nieskończoność.

Obserwowanie tutejszej fauny i spokój temu towarzyszący jest niewątpliwie przeżyciem głębokim duchowo…  I to niezależnie od tego, czy kapryśna antarktyczna pogoda była dla mnie łaskawa, czy danego dnia miała moje samopoczucie w głębokim poważaniu, testując na mnie w sposób bezlitosny polarowo–goreteksowe cuda techniki odzieżowej.

Reasumując mój epicki wywód uważam wykonaną przez siebie i Anie pracę za wzór cnoty zaangażowania w powierzone obowiązki, a międzygatunkowe stosunki i nawiązane przyjaźnie z pingwinami, fokami, uchatkami, wydrzykami, pochwodziobami, mewami, petrelami pozostaną na zawsze głębokie i żywe w mojej pamięci.

Specjalne wyrazy miłości przesyłam parze nawałników żółtopłetwych, które były ze mną i trwały wiernie na posterunku w pewnym cichym i ustronnym miejscu… Ale to temat na osobną opowieść.

Na koniec chciałbym serdecznie podziękować Ani Gasek za otrzymaną wiedzę, wspólnie spędzony czas i wspólną pracę oraz wszystkim członkom 38 Polskiej Wyprawy Antarktycznej, którzy bardzo mi pomogli i okazali się wspaniałymi przyjaciółmi!!!
Było ekstra.  (Michał Świetlik)
   
 
24 marca
-
Poczta dociera do nas bardzo rzadko, a tak naprawdę dotarła tylko na razie raz. W dużej mierze są to listy do filatelistów z prośbą o podbicie kopert naszym okolicznościowym stemplem. Większość poczty pochodzi z Niemiec, Hiszpanii, Francji, ale jest też pocztówka z Malezji. Z Polski jak na razie nie dotarło nic.
Część poczty posiada znaczki odnoszące się tematycznie do Antarktyki. Najciekawsze są te, które przedstawiają tutejszą przyrodę. Niektóre z nich zostały zeskanowane i zamieszczone obok.
   
 
   

Poszukiwana nieznana Roksana.
W korespondencji, która dotarła już wcześniej na „Arctowskiego”, znajduje się pocztówka z włoskiej Stacji Mario Zucchelli oraz włosko-francuskiej „Concordia”. Kartka podpisana jest po prostu - Roksana.
   
Roksano, jeżeli „istniejesz” gdzieś w świecie mediów elektronicznych, prosimy napisz do nas maila (station@arctowski.pl). Chcielibyśmy się odwdzięczyć.
 
 
23 marca
-
W połowie marca nadszedł sztorm.
W przeciągu 24 godzin panowały warunki praktycznie uniemożliwiające wyjścia na zewnątrz. Wiatr szalał i rozpędzał fale. Kierunek wiatru niestety był taki, że fale prosto płynęły w stronę budynku.
Gdy wiatr nabierał na sile już widzieliśmy, że nie będzie za dobrze. Fale rozbijały się i wchodziły ponad wał brzegowy, który przebiega w pobliżu stacji. Z falami na brzeg dostawały się duże ilości lodu. Jeszcze zanim ustała wichura, wyszliśmy na zewnątrz zobaczyć co się dzieję z budynkami stacji.
   
Niestety (albo i oczywiście) sile wody nie było można poradzić i pod głównym „obstrzałem” były dwa budynki wchodzące w skład stacji. Domek turystyczny, który wydawał się bezpiecznym lokum, tym razem został niestety dość mocno naruszony. Woda podmyła jeden z narożników budynku i dostała się do środka przez drewnianą podłogę oraz przez zamknięte drzwi, nanosząc spore ilości piachu.
 
 
Domek meteo  - całe szczęście jak większość budynków - jest podniesiony i nie stoi na poziomie ziemi. Lód wpychany przez wodę zniszczył pomosty umożliwiające dostanie się z domku meteo do oddalonej o kilka metrów w głąb mszarnika stacji meteo. Leżący dookoła budynku wepchnięty pak lodowy bardzo utrudniał przejście.
Kable energetyczne idące z głównego budynku do meteo, domku turystycznego oraz latarni zmieniły swoje położenie tak, że znalezienie nowej drogi po jakiej ułożone były przewody jest niemożliwe.

Jednak najbardziej zagrożonym był główny budynek mieszkalny.
   
Od dawna było widać, że linia brzegowa zbliża się z każdym sztormem do linii głównego budynku. Jednak nikt się nie spodziewał, że może to nastąpić tak szybko!
W ciągu jednego dnia sztorm zabrał kilka metrów linii brzegowej. Jeszcze przed sztormem można było ze spokojem przejechać każdym ciężkim sprzętem jeżdżącym między budynkiem a brzegiem. Po marcowym sztormie problem był z przejściem między brzegiem a budynkiem.
 
 
Wchodzące fale roztrzaskiwały się na kamieniach przed stacją a woda dostawała się pod budynek. Tym razem wyszliśmy z tego spokojnie, jednak coś musimy zrobić. To, że budynek nie został zabrany przez wodę spowodowane było tylko tym, że przy największym natężeniu fal był odpływ, a i tak woda dostawała się pod budynek.
Po konsultacjach z Dyrekcją IBB, jedynym tymczasowym rozwiązaniem jakiego mogliśmy się podjąć była próba przesunięcia linii brzegu oraz ułożenie prowizorycznego falochronu.
   
Całe szczęście po szaleńczej pogodzie mieliśmy kilka dni spokoju, kiedy to mogliśmy zrobić akcję ratowania „samolotu”. Nie było to łatwe zadanie - okolice budynku były podmyte przez wodę przez co grunt zrobił się bardzo miękki. Na początek wjechał "harvester". Trochę udało się wyrównać teren i odsunąć brzeg. Dzięki temu można było przejechać ciągnikiem koło budynku, a masa pojazdów spowodowała, że grunt został lekko ubity.
 
 
Do zrobienia falochronu wykorzystaliśmy stare bloki betonowe, które w zamierzchłych czasach służyły za podpory pod odciągi do anteny. Nie było ich za wiele, jednak nic więcej nie można było zrobić. Przy pomocy dźwigu ładowaliśmy pojedyncze bloki na przyczepę ciągnika, a na plaży przy pomocy „harvestera” ściągaliśmy je na ziemię i "układaliśmy" w najbardziej odpowiednie miejsce.
Pogoda była łaskawa i nie przeszkadzała w pracy, dlatego też bardzo szybko, już przed obiadem całą akcję zakończyliśmy. Jednak czy te działania przyniesą efekt - trudno powiedzieć. Grunt pod blokami był bardzo miękki, zmieszane kamienie ze śniegiem oraz lodem nie są dobrym fundamentem pod żadną konstrukcję.
Przy kolejnym sztormie istnieje możliwość, że betonowe bloki zjadą w dół prosto do zatoki, co narazi główny budynek stacji na "obstrzał" z wody. W najgorszym wypadku spowoduje to nieubłagane naruszenie lub nawet zniszczenie budynku. Jednak na razie jesteśmy bezpieczni, cali i zdrowi, gotowi na szybką ucieczkę przede wszystkim z narażonej części budynku.
 
Oczekujemy na wyjazd grupy letniej, aby cała grupa zimowa mogła ulokować się w części budynku bardziej oddalonej od brzegu. Również gotowe są budynki tzw. letnie, w których w najgorszym wypadku będzie można spędzić kilka dni, jeśli falochron nie zadziała. Niestety budynku turystycznego nie możemy w żaden sposób uchronić przed jakimikolwiek działaniami siły natury. Żaden ciężki sprzęt nie jest w stanie dojechać w tę część wybrzeża. Udało się tylko prowizorycznie podeprzeć naruszony narożnik domku oraz wysprzątać w środku.
   
Miejmy nadzieję, że wiatr będzie sprzyjać budynkom na stacji. Utrata budynku tzw. turystycznego skutkować będzie odcięciem zasilania stacyjnej latarni morskiej. Na tę chwilę jedynym co nam pozostaje jest czekanie i nadzieja, że tak silnych sztormów nie będzie za wiele w ciągu nadchodzącej zimy.
 
(tekst: Emil Kasprzyk, zdjęcia: Waldemar Swołek)
18 marca -
Przywieźliśmy na Stację grupę terenową w składzie Ania Gasek i Michał Świetlik, którzy przez ponad 4 miesiące prowadzili obserwacje biologiczne na cyplu Lion,s Rump w Zatoce Króla Jerzego.
   
Anna Gasek
Michał Świetlik
   
Na Lion’s Rump posiadamy bazę terenową, którą stanowi niewielka chata usytuowana nad brzegiem zatoki na granicy obszaru chronionego ASPA-151. W tym sezonie spodziewaliśmy się zastać urwany komin od pieca, ponieważ to stało się wcześniej, natomiast zaskoczyło nas, że przez zimę zerwało całkowicie blachę z dachu. Koledzy ze Stacji szybko przysłali do nas Marka Zielińskiego, który doprowadził chatkę do stanu używalności, co nie było łatwe, bo wiatr dawał się we znaki.
   
Marek dorabia komin
Marek i Michał kładą nową blachę na dachu
   
Na  Lion’s Rump już od 6 lat prowadzimy monitoring pingwinów, ptaków latających i ssaków płetwonogich. W obecnym sezonie zliczyliśmy rekordową liczbę gniazd pingwinów białookich (Adeli), ponad 5 tysięcy i 3,5 tysiąca gniazd pingwinów białobrewych (Gentoo).
Pierwszą ciekawostką jaką odnotowaliśmy w czasie trwania monitoringu, były bliźnięta urodzone przez samicę słonia morskiego, podobno bliźniacza ciąża u tego gatunku zdarza się rzadko, natomiast na Lion’s Rump to drugi przypadek zanotowany podczas 6 lat obserwacji. 
   
Kolonia pingwinów białookich LR i samotne gniazdo autsajdera
Samica słonia morskiego karmiąca bliźnięta
   
Liczenie ssaków morskich też  bywało emocjonujące, gdy spotykaliśmy na swojej drodze takie niecodzienne foki jak krabojad czy lampart morski. 
   
Lampart morski
Krabojad
   
Następnym niecodziennym wydarzeniem było pojawienie się pary pingwinów królewskich na naszym cyplu. W poprzednich sezonach widywaliśmy pojedynczego osobnika tego gatunku, ale przypłynięcie samca i samicy było dużą niespodzianką. Po kilkunastu dniach które ptaki spędziły w kolonii LR, razem z pingwinami białobrewymi, samica zniosła jajo. Niestety jajo nie znalazło się na nogach samca, pod ciepłą fałdką skóry, tylko leżało zimne i zapomniane zupełnie poza kolonią. Para była jednak uparta i podjęła drugą próbę lęgu pod koniec stycznia, tym razem pingwiny wysiadywały jajo, aż do naszego opuszczenia bazy, czyli do 17 marca. Niestety nie wiemy czy wykluło się pisklę i czy ptaki poradzą sobie z jego wykarmieniem w trudnych warunkach polarnych. (Anna Gasek)
   
   
Para pingwinów królewskich
30 stycznia
-
Pod koniec stycznia, po długim okresie zalegania śniegu, został zamontowany i uruchomiony generator wiatrowy o mocy 3,5 kW.
Celem jest przeprowadzenie testów w trudnych warunkach antarktycznych i określenie możliwości wykorzystania tego typu urządzeń do produkcji energii odnawialnej na Stacji Antarktycznej.  (Waldek Swołek)
18 stycznia -
W połowie miesiąca odwiedził nas specjalny gość - była to Pani Agnieszka Kruszewska, Dyrektor ds. Administracyjnych IBB PAN.
Została z nami przez prawie 3 tygodnie, poznając nasze codzienne życie oraz wszelkie tajniki stacji.
Odbyła długie rozmowy z każdą osobą pracująca aktualnie na stacji, aby poznać i dowiedzieć się czego brakuje, jakie są nasze spostrzeżenia oraz co chcielibyśmy zmienić, a także co uważamy za najważniejsze i najpotrzebniejsze. W międzyczasie była traktowana jako normalny uczestnik wyprawy, ze wszelkimi obowiązkami z tym związanymi. Nie ominęły p. Dyrektor dyżury w kuchni, jak i nocny dyżur na agregatach, sprzątanie budynku mieszkalnego i wiele innych codziennych prac na stacji.
Przy korzystnych warunkach pogodowych udaliśmy się w małe odwiedziny do brazylijskiej stacji Ferraz oraz pokazaliśmy Agnieszce domek na Demey’u. Niestety, pogoda nie była tak dobra, aby odwiedzić Anię i Michała na Lions Rump.
   
Poznawanie okolic stacji
Idziemy stąd...
   
Dyrektorska kontrola podczas pracy - wodowanie kutra „Słoń Morski
 
Pan Bisiek, Rodrigo Otoch, Agnieszka, Peter, Diogo na brazylijskim okręcie „Ary Ronge"
 
16 stycznia -
Przypływa Diogo  i Peter. Spędzają u nas prawie 3 bardzo miłe tygodnie.
Czym się zajmowali oraz kilka zdjęć z nimi:
Diogo i Peter zajmują się badaniem skamieniałych warstw gleby. Daje to wiedzę na temat dawnego klimatu i warunków przyrodniczych sprzed wielu milionów lat. W rozmowach z Peterem i Diogo, okazało się, że punktem wyjścia dla prowadzonych przez nich badań są prace prof. Krzysztofa Birkenmajera, z Instytutu Nauk Geologicznych PAN w Krakowie.
   
Peter in kitchen
Eocene reddish paleosol - Cytadela Hill, King George Island
   
Peter był też osobą która jako pierwsza rozpoczęła cykl prelekcji,  prezentowanych przez zagranicznych naukowców, przebywających na Arctowskim.
Peter sent us a message:
“Please give my regards to the all of the Arctowski team. You are great!
I am looking forward to meeting you again, someday and somewhere in this world.”
We hope to meet You!! Who knows - someday and somewhere in the universe!!!
   
pictured from left: Peter, lovely excellent witch Bia and Diogo
pictured from left: Peter, Zbyszek, Agnieszka, Ian, Romuald. Behind the door : Diogo and Julka
11 stycznia
-
Stało się to czego obawia się każdy zimownik, a mianowicie problemów zdrowotnych, a już najbardziej bólu zęba.
Najpierw wypadła plomba Emilowi. Po konsultacji z stacyjnym medykiem Rafałem, zapada decyzja aby przewieść Emila i jego ząb na statek, na którym jest dentysta. Inne propozycje typu zalutowanie lub zaspawanie zęba Emilowi nie przypadły do gustu.
Na „Framie”, jednym z wycieczkowych statków pływających w Antarktyce, jest dentysta, który niestety ma tylko materiał do tymczasowego wypełnienia ubytku w zębie. Emil dostaje dodatkowo całą tubkę tego materiału, który jak się za niedługo okazało nie tylko Emilowi był potrzebny. Ponieważ ząb nie do końca był naprawiony, dalej poszukiwaliśmy statku z gabinetem dentystycznym.
Po kilku dniach w trakcie posiłku słychać „o kurna chyba wypadła mi plomba” – to Bartek. Po oględzinach okazało się że plomba była całkiem dużych rozmiarów. Przydaje się materiał wypełniający przywieziony przez Emila, niestety jest mało trwały i po prostu wykrusza się po kilku dniach.
   
Emil dowiaduje się, że na brazylijskim okręcie wojennym - lodołamaczu „Ary Rongel” znajduje się gabinet dentystyczny.
 
 
Najlepszy gabinet stomatologiczny powyżej 60 równoleżnika
   
Uzgadniamy termin wizyty i po kilku dniach płyniemy leczyć zęby.
Do Emila i Bartka dołącza Kierownik wyprawy Zbyszek (tego dnia pracujący jako kierowca taxi zodiak) oraz ja - jako trzeci pacjent. Na statku wita nas oficer o polsko brzmiącym  nazwisku i prowadzi nas do messy, gdzie częstowani jesteśmy kawą i słodyczami. Z zazdrością patrzymy na Zbyszka zajadającego brazylijskie przysmaki.
   
Pierwszy w kolejce do dentysty jest Bartek, który wraca po godzinie. Ja jestem następny. Ponieważ nie za bardzo umiem dogadać się z dentystą, idzie ze mną Bartek. Gabinet jest bardzo małym pomieszczeniem.
 
Franek na fotelu dentystycznym
 
 
W trakcie siadania na fotel dentysta przytrzymuje mi głowę,  abym nie uderzył nią w wystający ze ściany metalowy element. Dentysta okazuje się bardzo miłym i pogodnym człowiekiem. Po wysłuchaniu co mi dolega, zabiera się do pracy. Jest niezwykle delikatny i perfekcyjnie wykonuje swoją pracę. Na koniec zapewnia, że w razie jakichkolwiek kłopotów mamy przypływać i korzystać z jego usług. Ostatnim pacjentem jest Emil.
 
 
My tymczasem jemy smaczne potrawy serwowane w mesie. Przychodzi do nas kapitan statku. Po krótkiej rozmowie przy kawie otrzymujemy prezenty. Odwdzięczamy się wręczając kapitanowi drobne upominki przywiezione ze stacji i korzystamy z jego zaproszenia do zwiedzenia statku, po którym oprowadza nas dentysta. Wszyscy na zakończenie wizyty jeszcze raz odwiedzamy gabinet dentystyczny i robimy kilka zdjęć.
   
Żegnamy się z kapitanem, lekarzem i poznanymi marynarzami zapraszając wszystkich do odwiedzenia naszej stacji.
 
Och, chciałoby się w kraju być tak wspaniale leczonym jak my przez brazylijskiego lekarza.  (Franciszek Krzemiński)
31 grudnia /
1 stycznia
 
Na ostatni dzień roku zaproszeni zostaliśmy z wizytą na brazylijską stację Ferraz.
Nawet się nie zorientowaliśmy, kiedy przyszedł ten dzień i zaczęliśmy od rana przygotowywać posiłki do wzięcia ze sobą w gości. Chcieliśmy pokazać  tradycyjną kuchnię polską, stąd też przygotowaliśmy barszcz czerwony, pierogi z kapustą i grzybami, bigos oraz śledzie. 
   
Do ostatnich chwil nie mieliśmy pewności, czy uda nam się dopłynąć na drugą stronę zatoki, jednak przed 18.00 fale na tyle się uspokoiły, że po złożeniu życzeń i wypiciu szampana z grupą, która chciała spędzić Sylwestra na stacji, wypłynęliśmy na Ferraza.  
Szampan i kieliszki na Stacji już gotowe, a potem tylko noworoczne życzenia…
   
Jak zwykle przywitano nas z otwartymi ramionami i koło godziny 20 zaczęliśmy wspólną sylwestrową zabawę.
No i zdjęcie grupowe musi być
 
 
W Sylwestra o północy nie ma tu zwyczaju strzelać fajerwerkami, za to jest zwyczaj zażycia morskiej kąpieli. I tym razem tradycji stało się zadość - po szybkich życzeniach wskoczyliśmy do wody. Natomiast kuchnia polska wszystkim bardzo smakowała.
   
Zabawa na Ferrazie trwała do poranka  dnia następnego, kiedy to musieliśmy wracać na naszą stację.  
 Przecież Franek nie może mieć normalnego zdjęcia
   
A przed powrotem okazało się, że „ktoś” wyciągnął korek od wody w zatoce i bez pomocy przyjaciół z Ferraza ciężko by nam było wrócić do domu.  (Emil Kasprzyk)
 
Jakby wody trochę ubyło w zatoce…
 

 
 
 
 
Wiadomości archiwalne - 2012 (wrzesień - grudzień) 
 
Projekt, realizacja, opieka serwisowa: ARKTOS © 2009-2017 IBB PAN ZBA